piątek, 31 lipca 2015

Rozdział 2

Joe otarł przedramieniem zroszone od potu czoło, przeciągnął się, po czym zagarnął opadające kosmyki niebieskich włosów do tyłu. Miał ładną, nieskazitelnie gładką i wypielęgnowaną twarz, jego prezentacji w żaden sposób nie psuła brudna, wysłużona, ćwiekowana kamizelka. Odsłonięte ramiona miał wytatuowane, napięte mięśnie zdobiły serpentynowate wzory. Jego wygląd idealnie wpasowywał się w panującą wśród rzezimieszków z Red Desert Island modę, co pozwalało bezproblemowo wtopić się w tłum. Spojrzał przenikliwie na Rouge, jego błękitne oczy spotkały się z magicznymi, szmaragdowymi oczami dziewczyny tylko na ułamek sekundy, po czym nowo przybyła szybko spuściła wzrok z wyraźnym zakłopotaniem.
- Rouge, zrobisz coś z tym upałem? - Joe przerwał ciszę powtarzając prośbę.
- Ahh.... Tak... Jaką chcesz temperaturę? - odpowiedziała jakby wyrwana z letargu.
- Optymalną pokojową... powiedzmy 21,5 stopnia - niebieskowłosy uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Ale ty mnie denerwujesz! - wybuchła ze złością. - Wiesz doskonale, że nie potrafię kontrolować temperatury z taką dokładnością... - mimo, że Rouge była mulatką, na jej piegowatych policzkach pojawił się widoczny purpurowy zarys rumieńca. - Lepiej?
W przeciągu chwili, trwającej mrugnięcie powieką, temperatura w pomieszczeniu znacznie się obniżyła.
- Za zimno... - wtrącił wycofany do tej pory Santana.
Joe i Rouge spojrzeli jak w zmowie na czarnoskórego, z ich twarzy dało się odczytać podirytowanie wymieszane ze zdenerwowaniem. Niesłychanie wysoki i krępy Santana skurczył się jakby pod ich ciężkim wzrokiem. 

Na jego rodzinnych ziemiach panują tak wysokie temperatury, że tylko najlepiej przystosowane gatunki roślin i zwierząt są w stanie przeżyć. Za to innych ludzi, poza rdzennymi mieszkańcami, nie ma tam wcale, gdyż w przeciągu jednego zaledwie dnia większość umiera na udar, lub odwodnienie. W taki sposób biedny Santana cierpi z powodu chłodu wszędzie tam, gdzie dla zwykłych osób temperatura jest idealna... Postanowił więc szybko wycofać się ze swoich ostatnich słów.
- Dobrze, wiem co zaraz powiecie... - przewrócił oczami. - Zawsze mogę się cieplej ubrać, albo wyjść na zewnątrz gdzie jest mój ukochany skwar. Zostanę, bo nie wiem czy pamiętacie, ale mamy tutaj przesłuchanie - po czym wskazał siedzącego w kącie pomieszczenia Tabotta.

Tabott był leciwym człowiekiem, twarz pooraną bruzdami pokrywała mu krótka, srebrna szczecina, włosy były siwe. Spojrzenie miał spokojne, wodził powoli od jednego nastolatka do drugiego. Sprawiał wrażenie wyluzowanego, jak gdyby w ogóle nie przejmował się swoją niewolą. Ubrany był zadziwiająco ciepło, na czerwoną koszulę założoną miał starodawną, granatową marynarkę, toteż poczuł ogromną ulgę, gdy temperatura w pomieszczeniu znacznie się obniżyła. Z zainteresowaniem przysłuchiwał się każdemu słowu wypowiedzianemu przez trójkę przed nim. Rouge odezwała się ponownie.
- Spokojnie, starzec nam nie ucieknie, mamy czas. Powiedz lepiej jak udało ci się go złapać Joe?
- Zwykła rzetelność - odparł. - Wypytywanie po raz setny o Karmazynowe Ruiny, chodzenie z miejsca do miejsca, od człowieka do człowieka, krok po kroku bliżej Tabotta, aż w końcu udało się go dorwać - przerwał na chwilę i spojrzał w kierunku więźnia. - Miał obstawę, dwóch ludzi, dobrych ludzi, lecz minimalnie za wolnych... on sam nie jest groźny, nie wiem dlaczego centrala podesłała informacje o tym jaki jest niby niebezpieczny.
- Może dawniej taki był, najzwyczajniej się postarzał - stwierdziła Rouge.
- Ładnie ci w krótkich włosach... - wypalił Joe, zmieniając niespodziewanie temat.
Zapanowała cisza. Santana zakrył dłońmi twarz i pokręcił delikatnie głową z politowaniem. Rouge nie skomentowała komplementu, więc Joe ciągnął dalej jakby nigdy takowy nie padł.
- A co przytrafiło się tobie? Bo jak cię znam, na pewno wpadłaś w jakieś kłopoty.
- Mała bijatyka... nic poważnego - Rouge złapała się mimowolnie za przedramię, gdzie dotknął ją Flip, twarz wykrzywił jej grymas obrzydzenia. - Na to wszystko wszedł jeszcze Santana i pomógł mi.
- Jesteś bohaterem Santana - Joe uśmiechnął się lekceważąco.
- A ty jesteś idiotą Joe - czarnoskóry był poważny. - Chcę dodać coś od siebie w sprawie Tabotta, bo widocznie jak zwykle nie przeczytałeś dobrze raportu. On nigdy nie był silny fizycznie, słowa są jego siłą... wiele lat temu był znany pod przydomkiem „Język Węża”. Tego się nie zapomina, dam sobie uciąć rękę, że do teraz jest dobrym mówcą i manipulatorem, musimy uważać i zachować trzeźwość umysłu.

Wypowiedź Santany przerwały brawa. To Tabott z szerokim uśmiechem na ustach klaskał w dłonie. Gdy skończył, odezwał się.
- To zadziwiające, że ten, który wygląda na tępego osiłka jest najsprytniejszy z waszego tria - mówił dostojnie, dokładnie artykułując każde słowo, ton jego głosu był przyjemny, wprowadzał w trans. - Słucham, co chcecie wiedzieć?
Joe zrobił kilka kroków w kierunku więźnia.
- Jesteśmy piratami, nasz kapitan, którego imienia nie chcę zdradzać, wysłał nas z misją znalezienia Karmazynowych Ruin... Ty jesteś jedyną mapą.
- Po co chcecie się dostać do Karmazynowych Ruin?
- Po złoto oczywiście! - Joe rozłożył bezradnie ręce i odwrócił się z prześmiewczą miną w kierunku swoich towarzyszy.
- Santana ma rację... jesteś idiotą.
Twarz Joe przybrała kamienny wyraz, w oczach zaświeciła złość. Nie odwracając się do Tabotta wycedził przez zęby.
- Myślisz, że jesteś w dobrej pozycji do głoszenia takich rewelacji? Przypominam, że mamy cię w garści.
Starzec wyciągnął się wygodniej na krześle, poczekał, aż Joe odwróci się w jego kierunku, po czym spojrzał mu prosto w oczy.
- To ja mam was w garści...
Santana zachował skupienie i spokój, Rouge prychnęła bezceremonialnie, a Joe roześmiał się. Nim ktokolwiek zdążył się wtrącić, Tabott kontynuował.
- Myślałem, że organizacje Cipher Pol przestały istnieć wraz z upadkiem Światowego Rządu... - zapanowała śmiertelna cisza, teraz wszyscy stali się w pełni poważni. - A jednak stoicie przede mną... młodzi, więc wyszkoleni w ciągu kilku ostatnich lat.
- Skąd...? - zapytała zszokowana Rouge.
- Nie zdajecie sobie sprawy jaką mocą jest wiedza i umiejętność wyczytywania ludzkich emocji, drobnych gestów, uwaga... - odparł. - Po tej krótkiej chwili wiem o was bardzo dużo. Muszę was zmartwić, Santana nie ubierze się gdy jest mu zimno, rozpoznaję charakterystyczny ubiór jego plemienia, tradycja nakazuje im, aby zawsze go nosili. To nie jest zwykły strój, wiąże się z tym cały szereg obrzędów religijnych, potem polowanie, kolejne obrzędy, ściąganie skóry i samodzielne przygotowanie ubioru... to jest dla nich ważne, a skoro Santana, będący skrytobójcą, nadal je nosi, zamiast wtopić się w tłum jak Joe, to znaczy, że jest człowiekiem przywiązanym do tradycji i nauczonych wartości. Dodatkowo ma chłodną głowę i pomimo swojego potężnego ciała, wie, że rozum jest równie ważny. Rouge potrafi być wybuchowa i zadziorna, ale przez większość czasu jest wycofana i ostrożna. Boi się dotyku i kontaktu z mężczyzną... nie wiem co cię spotkało dziecino, ale odcisnęło na tobie silne piętno. Powiedziała mi o tym twoja reakcja na wspomnienie bójki, gdy złapałaś się z obrzydzeniem za miejsce, gdzie zapewne dotknął cię napastnik, oraz twój dystans do zalotów Joe. Przyznaję, są nieco nieudolne, ale to strach przed bliskością każe ci utrzymywać taki dystans pomiędzy wami, nie wytrzymałaś nawet jego spojrzenia w twoje oczy dłużej niż ułamek sekundy... Właśnie co do ciebie Joe, jesteś lekko zadufanym w sobie i pysznym człowiekiem, lecz przy tym konsekwentnym, upartym i zdeterminowanym. Posiadasz też wspaniałe umiejętności bojowe. Moi ochroniarze byli silni, na tyle by zmusić cię do użycia pewnych technik, technik dawno zapomnianych i stosowanych przez tajemne organizacje Cipher Pol...
Tabott przerwał na chwilę, podrapał się po głowie, jakby starał sobie coś przypomnieć.
- To chyba nazywało się Rokushiki, tak już pamiętam. Zaprezentowałeś na moich oczach dwie techniki: Soru, które umożliwiło ci nadludzko szybkie poruszanie, oraz Shigan, którym zabiłeś moich chłopców. Spodziewam się, że taki kawał chłopa jak Santana ma doskonale opanowane Tekkai utwardzające mięśnie. Nie wiem tylko w jakiej technice specjalizuje się Rouge, aczkolwiek ona ma już całkiem ciekawy Diabelski Owoc, którym obniżyła temperaturę. Rokushiki stosowało tylko Cipher Pol... Kto przeżył stare czasy i was szkolił?
Santana, który od momentu wejścia do pomieszczenia się nie ruszał, wykonał kilka kroków w kierunku Tabotta, pochylił się nad nim i powiedział bardzo niskim głosem:
- Wspaniała dedukcja, lecz nie rozumiem dlaczego masz nas niby w garści.
- Teraz, gdy wiecie, że znam wasz sekret - przybliżył twarz do Santany i uśmiechnął się. - Musicie mnie zabić, a nie zrobicie tego, bo tylko ja znam drogę do Karmazynowych Ruin, udało mi się was zaszachować. Postawiłem sprawę jasno, wzbudziłem w was niepokój i zasiałem ziarenko niepewności, co może się przydać... im słabsi będziecie na pustyni i w Karmazynowych Ruinach, tym większa szansa na waszą śmierć. Sam natomiast kupiłem sobie nietykalność z waszej strony tak długo aż będę potrzebny.
- Naprawdę liczysz na to, że po drodze zginiemy, a ty przeżyjesz i będziesz wolny? - odparł z niedowierzaniem Santana.
- Tak... moje słowa będą was truły tak długo, aż się potkniecie. Sam pamiętasz...”Język Węża”.
- Co teraz powiesz Joe? - Santana zwrócił się do niebieskowłosego. - Nie jest groźny...? Nie spotkałem jeszcze tak przebiegłego, bezczelnego i bezpośredniego drania.
- Ile jednostek Cipher Pol udało się odbudować? - starzec nie krył zaciekawienia.
- Dwie, CP0 to centrum dowodzenia, my należymy do CP10, odpowiadamy za akcje w terenie – zdradził Santana.
- Oszalałeś nie mów mu takich rzeczy! - wściekł się Joe.
- Jaki jest sens kłamać...? - spytał retorycznie czarnoskóry - On i tak od razu wyczuje, że nie jesteśmy szczerzy, a ta informacja niczego nie zmieni jeżeli wykonamy nasza misję.
- Nie wiem nadal jednej rzeczy – odezwał się starzec, sprawiał wrażenie zamyślonego. - Czego tak naprawdę Cipher Pol szuka w Karmazynowych Ruinach?
- Invidia Leviatan... - odparła spokojnie Rouge.
Oczy Tabotta rozszerzyły się gwałtownie, a usta lekko otworzyły. Spojrzał zszokowany na Rouge, po raz pierwszy od wielu lat nie wiedział co powiedzieć i nie mógł uwierzyć w to co usłyszał...

~***~

Donquixote Doflamingo wstał powoli z krzesła, złapał za laskę zdobioną przy rękojeści głową flaminga i podparł się na niej ciężko. Drugą ręką przejechał po swoich krótkich, białych jak śnieg włosach, następnie poprawił okulary. Jego familia zastygła z kawałkami pizzy w dłoniach i ustach, wpatrując się w swojego przywódcę. Pandaman nadal klęczał i wbijał wzrok w podłogę.
- Nie zgadzam się - odrzekł spokojnie Doflamingo, patrząc z nostalgią przed siebie. - Jestem wrakiem, z człowieka, którego potrzebujesz niewiele zostało. Chcę w spokoju, do bliskiego końca moich dni, pić na plaży wino, słuchać dobrego jazzu i czytać książki.
Pandaman wstał, nie spojrzał w stronę byłego króla Dressrosy, odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia. Przeliczył się... był pewny, że Doflamingo to idealna osoba, że nie odmówi. Skarcił się w myślach, minęło tyle lat, a w jego głowie zachował się obraz dawnego Jokera, trzęsącego podziemiem, knującego, bezwzględnego, pragnącego władzy... Nie spodziewał się, że jego porażka lata temu z przyszłym Królem Piratów odciśnie na jego rozmówcy takie piętno. Dowódca CP0 uważał, że po tamtym starciu jedyną pamiątką zostaną dla Donquixote uszkodzone ciało, blizny i laska, przy której od tamtego starcia musiał chodzić, niestety. Był już przy wyjściu, gdy z zadumy wyrwał go głos byłego Niebiańskiego Smoka.
- Wiesz czym charakteryzowało się dawne Gorosei? - przerwał, dał wybrzmieć pytaniu. - Nim upadli, rządzili od bardzo dawna, bardzo długo... za długo, jak na zwykłego człowieka.
- O czym mówisz? - Pandaman odwrócił się zaciekawiony.
- Podczas ery drugiego Króla Piratów żyła pewna supernova, była ostatnią osobą, o której słyszałem, że posiadała taki Diabelski Owoc... Nosiła imię Jewelry Bonney. Jeżeli chcesz odbudować Gorosei, musisz zacząć od znalezienia jej, lub Owocu jakim władała. Gdy go zdobędziesz, a ja jeszcze będę żył... zgłoś się do mnie, będę do usług.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz