Joe
otarł przedramieniem zroszone od potu czoło, przeciągnął się,
po czym zagarnął opadające kosmyki niebieskich włosów do tyłu.
Miał ładną, nieskazitelnie gładką i wypielęgnowaną twarz, jego
prezentacji w żaden sposób nie psuła brudna, wysłużona,
ćwiekowana kamizelka. Odsłonięte ramiona miał wytatuowane,
napięte mięśnie zdobiły serpentynowate wzory. Jego wygląd
idealnie wpasowywał się w panującą wśród rzezimieszków z Red
Desert Island modę, co pozwalało bezproblemowo wtopić się w tłum.
Spojrzał przenikliwie na Rouge, jego błękitne oczy spotkały się
z magicznymi, szmaragdowymi oczami dziewczyny tylko na ułamek
sekundy, po czym nowo przybyła szybko spuściła wzrok z wyraźnym
zakłopotaniem.
- Rouge,
zrobisz coś z tym upałem? - Joe przerwał ciszę powtarzając
prośbę.
- Ahh....
Tak... Jaką chcesz temperaturę? - odpowiedziała jakby wyrwana z
letargu.
- Optymalną
pokojową... powiedzmy 21,5 stopnia - niebieskowłosy uśmiechnął
się od ucha do ucha.
- Ale
ty mnie denerwujesz! - wybuchła ze złością. - Wiesz doskonale, że
nie potrafię kontrolować temperatury z taką dokładnością... -
mimo, że Rouge była mulatką, na jej piegowatych policzkach pojawił
się widoczny purpurowy zarys rumieńca. - Lepiej?
W
przeciągu chwili, trwającej mrugnięcie powieką, temperatura w
pomieszczeniu znacznie się obniżyła.
- Za
zimno... - wtrącił wycofany do tej pory Santana.
Joe
i Rouge spojrzeli jak w zmowie na czarnoskórego, z ich twarzy dało
się odczytać podirytowanie wymieszane ze zdenerwowaniem.
Niesłychanie wysoki i krępy Santana skurczył się jakby pod ich
ciężkim wzrokiem.
Na jego rodzinnych ziemiach panują tak wysokie
temperatury, że tylko najlepiej przystosowane gatunki roślin i
zwierząt są w stanie przeżyć. Za to innych ludzi, poza rdzennymi
mieszkańcami, nie ma tam wcale, gdyż w przeciągu jednego zaledwie
dnia większość umiera na udar, lub odwodnienie. W taki sposób
biedny Santana cierpi z powodu chłodu wszędzie tam, gdzie dla
zwykłych osób temperatura jest idealna... Postanowił więc szybko
wycofać się ze swoich ostatnich słów.
- Dobrze,
wiem co zaraz powiecie... - przewrócił oczami. - Zawsze mogę się
cieplej ubrać, albo wyjść na zewnątrz gdzie jest mój ukochany
skwar. Zostanę, bo nie wiem czy pamiętacie, ale mamy tutaj
przesłuchanie - po czym wskazał siedzącego w kącie pomieszczenia
Tabotta.
Tabott
był leciwym człowiekiem, twarz pooraną bruzdami pokrywała mu
krótka, srebrna szczecina, włosy były siwe. Spojrzenie miał
spokojne, wodził powoli od jednego nastolatka do drugiego. Sprawiał
wrażenie wyluzowanego, jak gdyby w ogóle nie przejmował się swoją
niewolą. Ubrany był zadziwiająco ciepło, na czerwoną koszulę
założoną miał starodawną, granatową marynarkę, toteż poczuł
ogromną ulgę, gdy temperatura w pomieszczeniu znacznie się
obniżyła. Z zainteresowaniem przysłuchiwał się każdemu słowu
wypowiedzianemu przez trójkę przed nim. Rouge odezwała się
ponownie.
- Spokojnie,
starzec nam nie ucieknie, mamy czas. Powiedz lepiej jak udało ci się
go złapać Joe?
- Zwykła
rzetelność - odparł. - Wypytywanie po raz setny o Karmazynowe
Ruiny, chodzenie z miejsca do miejsca, od człowieka do człowieka,
krok po kroku bliżej Tabotta, aż w końcu udało się go dorwać -
przerwał na chwilę i spojrzał w kierunku więźnia. - Miał
obstawę, dwóch ludzi, dobrych ludzi, lecz minimalnie za wolnych...
on sam nie jest groźny, nie wiem dlaczego centrala podesłała
informacje o tym jaki jest niby niebezpieczny.
- Może
dawniej taki był, najzwyczajniej się postarzał - stwierdziła
Rouge.
- Ładnie
ci w krótkich włosach... - wypalił Joe, zmieniając
niespodziewanie temat.
Zapanowała
cisza. Santana zakrył dłońmi twarz i pokręcił delikatnie głową
z politowaniem. Rouge nie skomentowała komplementu, więc Joe
ciągnął dalej jakby nigdy takowy nie padł.
- A
co przytrafiło się tobie? Bo jak cię znam, na pewno wpadłaś w
jakieś kłopoty.
- Mała
bijatyka... nic poważnego - Rouge złapała się mimowolnie za
przedramię, gdzie dotknął ją Flip, twarz wykrzywił jej grymas
obrzydzenia. - Na to wszystko wszedł jeszcze Santana i pomógł mi.
- Jesteś
bohaterem Santana - Joe uśmiechnął się lekceważąco.
- A
ty jesteś idiotą Joe - czarnoskóry był poważny. - Chcę dodać
coś od siebie w sprawie Tabotta, bo widocznie jak zwykle nie
przeczytałeś dobrze raportu. On nigdy nie był silny fizycznie,
słowa są jego siłą... wiele lat temu był znany pod przydomkiem
„Język Węża”. Tego się nie zapomina, dam sobie uciąć rękę,
że do teraz jest dobrym mówcą i manipulatorem, musimy uważać i
zachować trzeźwość umysłu.
Wypowiedź
Santany przerwały brawa. To Tabott z szerokim uśmiechem na ustach
klaskał w dłonie. Gdy skończył, odezwał się.
- To
zadziwiające, że ten, który wygląda na tępego osiłka jest
najsprytniejszy z waszego tria - mówił dostojnie, dokładnie
artykułując każde słowo, ton jego głosu był przyjemny, wprowadzał w trans. - Słucham, co chcecie wiedzieć?
Joe
zrobił kilka kroków w kierunku więźnia.
- Jesteśmy
piratami, nasz kapitan, którego imienia nie chcę zdradzać, wysłał
nas z misją znalezienia Karmazynowych Ruin... Ty jesteś jedyną
mapą.
- Po
co chcecie się dostać do Karmazynowych Ruin?
- Po
złoto oczywiście! - Joe rozłożył bezradnie ręce i odwrócił
się z prześmiewczą miną w kierunku swoich towarzyszy.
- Santana
ma rację... jesteś idiotą.
Twarz
Joe przybrała kamienny wyraz, w oczach zaświeciła złość. Nie
odwracając się do Tabotta wycedził przez zęby.
- Myślisz,
że jesteś w dobrej pozycji do głoszenia takich rewelacji?
Przypominam, że mamy cię w garści.
Starzec
wyciągnął się wygodniej na krześle, poczekał, aż Joe odwróci
się w jego kierunku, po czym spojrzał mu prosto w oczy.
- To
ja mam was w garści...
Santana
zachował skupienie i spokój, Rouge prychnęła bezceremonialnie, a
Joe roześmiał się. Nim ktokolwiek zdążył się wtrącić, Tabott
kontynuował.
- Myślałem,
że organizacje Cipher Pol przestały istnieć wraz z upadkiem
Światowego Rządu... - zapanowała śmiertelna cisza, teraz wszyscy
stali się w pełni poważni. - A jednak stoicie przede mną...
młodzi, więc wyszkoleni w ciągu kilku ostatnich lat.
- Skąd...?
- zapytała zszokowana Rouge.
- Nie
zdajecie sobie sprawy jaką mocą jest wiedza i umiejętność
wyczytywania ludzkich emocji, drobnych gestów, uwaga... - odparł. -
Po tej krótkiej chwili wiem o was bardzo dużo. Muszę was zmartwić,
Santana nie ubierze się gdy jest mu zimno, rozpoznaję
charakterystyczny ubiór jego plemienia, tradycja nakazuje im, aby
zawsze go nosili. To nie jest zwykły strój, wiąże się z tym cały
szereg obrzędów religijnych, potem polowanie, kolejne obrzędy,
ściąganie skóry i samodzielne przygotowanie ubioru... to jest dla
nich ważne, a skoro Santana, będący skrytobójcą, nadal je nosi,
zamiast wtopić się w tłum jak Joe, to znaczy, że jest człowiekiem
przywiązanym do tradycji i nauczonych wartości. Dodatkowo ma
chłodną głowę i pomimo swojego potężnego ciała, wie, że rozum
jest równie ważny. Rouge potrafi być wybuchowa i zadziorna, ale
przez większość czasu jest wycofana i ostrożna. Boi się dotyku i
kontaktu z mężczyzną... nie wiem co cię spotkało dziecino, ale
odcisnęło na tobie silne piętno. Powiedziała mi o tym twoja
reakcja na wspomnienie bójki, gdy złapałaś się z obrzydzeniem za
miejsce, gdzie zapewne dotknął cię napastnik, oraz twój dystans
do zalotów Joe. Przyznaję, są nieco nieudolne, ale to strach przed
bliskością każe ci utrzymywać taki dystans pomiędzy wami, nie
wytrzymałaś nawet jego spojrzenia w twoje oczy dłużej niż ułamek
sekundy... Właśnie co do ciebie Joe, jesteś lekko zadufanym w
sobie i pysznym człowiekiem, lecz przy tym konsekwentnym, upartym i
zdeterminowanym. Posiadasz też wspaniałe umiejętności bojowe. Moi
ochroniarze byli silni, na tyle by zmusić cię do użycia pewnych
technik, technik dawno zapomnianych i stosowanych przez tajemne
organizacje Cipher Pol...
Tabott
przerwał na chwilę, podrapał się po głowie, jakby starał sobie
coś przypomnieć.
- To
chyba nazywało się Rokushiki, tak już pamiętam. Zaprezentowałeś
na moich oczach dwie techniki: Soru, które umożliwiło ci nadludzko
szybkie poruszanie, oraz Shigan, którym zabiłeś moich chłopców.
Spodziewam się, że taki kawał chłopa jak Santana ma doskonale
opanowane Tekkai utwardzające mięśnie. Nie wiem tylko w jakiej
technice specjalizuje się Rouge, aczkolwiek ona ma już całkiem
ciekawy Diabelski Owoc, którym obniżyła temperaturę. Rokushiki
stosowało tylko Cipher Pol... Kto przeżył stare czasy i was
szkolił?
Santana,
który od momentu wejścia do pomieszczenia się nie ruszał, wykonał
kilka kroków w kierunku Tabotta, pochylił się nad nim i powiedział
bardzo niskim głosem:
- Wspaniała
dedukcja, lecz nie rozumiem dlaczego masz nas niby w garści.
- Teraz,
gdy wiecie, że znam wasz sekret - przybliżył twarz do Santany i
uśmiechnął się. - Musicie mnie zabić, a nie zrobicie tego, bo
tylko ja znam drogę do Karmazynowych Ruin, udało mi się was
zaszachować. Postawiłem sprawę jasno, wzbudziłem w was niepokój
i zasiałem ziarenko niepewności, co może się przydać... im
słabsi będziecie na pustyni i w Karmazynowych Ruinach, tym większa
szansa na waszą śmierć. Sam natomiast kupiłem sobie nietykalność
z waszej strony tak długo aż będę potrzebny.
- Naprawdę
liczysz na to, że po drodze zginiemy, a ty przeżyjesz i będziesz
wolny? - odparł z niedowierzaniem Santana.
- Tak...
moje słowa będą was truły tak długo, aż się potkniecie. Sam
pamiętasz...”Język Węża”.
- Co
teraz powiesz Joe? - Santana zwrócił się do niebieskowłosego. -
Nie jest groźny...? Nie spotkałem jeszcze tak przebiegłego,
bezczelnego i bezpośredniego drania.
- Ile
jednostek Cipher Pol udało się odbudować? - starzec nie krył
zaciekawienia.
- Dwie,
CP0 to centrum dowodzenia, my należymy do CP10, odpowiadamy za akcje
w terenie – zdradził Santana.
- Oszalałeś
nie mów mu takich rzeczy! - wściekł się Joe.
- Jaki
jest sens kłamać...? - spytał retorycznie czarnoskóry - On i tak od razu
wyczuje, że nie jesteśmy szczerzy, a ta informacja niczego nie
zmieni jeżeli wykonamy nasza misję.
- Nie
wiem nadal jednej rzeczy – odezwał się starzec, sprawiał
wrażenie zamyślonego. - Czego tak naprawdę Cipher Pol szuka w
Karmazynowych Ruinach?
- Invidia
Leviatan... - odparła spokojnie Rouge.
Oczy
Tabotta rozszerzyły się gwałtownie, a usta lekko otworzyły.
Spojrzał zszokowany na Rouge, po raz pierwszy od wielu lat nie
wiedział co powiedzieć i nie mógł uwierzyć w to co usłyszał...
~***~
Donquixote
Doflamingo wstał powoli z krzesła, złapał za laskę zdobioną
przy rękojeści głową flaminga i podparł się na niej ciężko.
Drugą ręką przejechał po swoich krótkich, białych jak śnieg
włosach, następnie poprawił okulary. Jego familia zastygła z
kawałkami pizzy w dłoniach i ustach, wpatrując się w swojego
przywódcę. Pandaman nadal klęczał i wbijał wzrok w podłogę.
- Nie
zgadzam się - odrzekł spokojnie Doflamingo, patrząc z nostalgią
przed siebie. - Jestem wrakiem, z człowieka, którego potrzebujesz
niewiele zostało. Chcę w spokoju, do bliskiego końca moich dni,
pić na plaży wino, słuchać dobrego jazzu i czytać książki.
Pandaman
wstał, nie spojrzał w stronę byłego króla Dressrosy, odwrócił
się i ruszył w kierunku wyjścia. Przeliczył się... był pewny,
że Doflamingo to idealna osoba, że nie odmówi. Skarcił się w
myślach, minęło tyle lat, a w jego głowie zachował się obraz
dawnego Jokera, trzęsącego podziemiem, knującego, bezwzględnego,
pragnącego władzy... Nie spodziewał się, że jego porażka lata
temu z przyszłym Królem Piratów odciśnie na jego rozmówcy takie
piętno. Dowódca CP0 uważał, że po tamtym starciu jedyną
pamiątką zostaną dla Donquixote uszkodzone ciało, blizny i laska,
przy której od tamtego starcia musiał chodzić, niestety. Był już
przy wyjściu, gdy z zadumy wyrwał go głos byłego Niebiańskiego
Smoka.
- Wiesz
czym charakteryzowało się dawne Gorosei? - przerwał, dał
wybrzmieć pytaniu. - Nim upadli, rządzili od bardzo dawna, bardzo
długo... za długo, jak na zwykłego człowieka.
- O
czym mówisz? - Pandaman odwrócił się zaciekawiony.
- Podczas
ery drugiego Króla Piratów żyła pewna supernova, była ostatnią
osobą, o której słyszałem, że posiadała taki Diabelski Owoc...
Nosiła imię Jewelry Bonney. Jeżeli chcesz odbudować Gorosei,
musisz zacząć od znalezienia jej, lub Owocu jakim władała. Gdy go
zdobędziesz, a ja jeszcze będę żył... zgłoś się do mnie, będę
do usług.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz