środa, 12 sierpnia 2015

Rozdział 3

W wiosce dzień targowy trwał w najlepsze. Dlatego prawdopodobnie nikt nie zauważył dwóch ludzi, ubranych w czarne płaszcze i czarne okulary, którzy wolnym krokiem przemierzali targ. W końcu nie byli wyróżniającymi się osobami pośród całej gromady złodziei i oszustów. Dwójka ta powoli minęła większy stragan z fałszywymi Log Pose i skręciła w stronę przydrożnego pubu o nazwie “Kadono” - była to niewielka i bardzo zaniedbana speluna.

Gdy tylko weszli do kantyny od razu zamówili po piwie.Pierwszy raz w tych stronach ? - zagadnął stary barman o pokaźnym brzuchu i zaroście.
Zamawiający nie odpowiedzieli. Barman pomyślał, że to kolejni, szemrani cichociemni i nie drążył rozmowy.
Nieznajomi w tym samym momencie wypili półlitrowe piwo, zapłacili i wyszli z pubu. Jednakże nie odeszli daleko, tylko stanęli na tyłach budynku i obserwowali okolicę. Na wprost siebie mieli okna starego magazynu…

----

 - Cholera. Tego się nie spodziewałem po takich płotkach - mruknął do siebie Tabott.
Joe uśmiechnął się, jakby to on właśnie przejął grę i rozdawał karty.
 - Nie musicie już więcej mówić o naszych planach. Myślę, że to wystarczająco dało mu do myślenia. - powiedział Joe wyciągając się na krześle. 
- Nie wiecie nawet na co się porywacie wy durnie!- krzyknął staruszek, który nagle wykazał rozdrażnienie, poczuł się dziwnie, dotąd było to dla niego obcym uczuciem.- To nie jest coś, co zwykli ludzie mogę ot tak odkryć. Kto wam to zlecił? -  ton jego głosu znowu powrócił do stanu poprzedniego, choć wciąż nie odzyskał swojego rezonu.
 - Od nas się już więcej nie dowiesz. Dla nas jesteś tylko użyteczny do czasu. Masz nas tam zaprowadzić i nic więcej się nie liczy. Teraz - zwrócił się do towarzyszy - mamy szansę, by wykorzystać jego chwilową nerwowość. Zresztą i tak wiedzieliśmy od początku, że nie będzie chciał z nami współpracować. Jednak my mamy coś, co go zmusi do tego, by był posłuszny. Jedyne co musimy zrobić, to przetransportować go do naszej placówki.
Tabott, który był coraz bardziej podenerwowany, już nie wykazywał takiej ciekawości i tylko nerwowo się przysłuchiwał.
 - Czy to na pewno dobry pomysł? - rzekł Santana, patrząc na Tabotta - po tym, jak pokazał nam prawdziwą twarz, możemy być pewni, że jest kimś więcej dla Dragona i ten będzie chciał go odbić. Zabierając go do placówki możemy tylko zdradzić istnienie całej organizacji… 
 - Santana, a jak inaczej chcesz mu przemówić do rozsądku? - przerwała mu Rogue - Od razu widać, że jest twardy, nawet jeżeli w tej chwili na takiego nie wygląda.
  - Fakt, to nie takie proste - Santana zamyślił się. 
  - Sprowadzenie na otwarty teren naszego “przekonywacza” też raczej nie wchodzi w grę… o ile z “góry” nie wydadzą innych rozkazów - uśmiechnął się pod nosem Joe.

Santana wstał i wolnym krokiem zaczął się przechadzać po pomieszczeniu. Był głęboko zamyślony. Joe tymczasem rozluźnił się i sprawiał wrażenie mniej skupionego na całym zadaniu. Tylko Rogue uparcie wpatrywała się w staruszka.
 - Musimy podjąć decyzję - rzekła - czuję, że czas nam nieubłaganie ucieka.
Tabott spojrzał na nią ze zdziwieniem i ze złością zarazem.
 - Nie musicie się spieszyć, bo rozwiązanie i tak wam nie przyjdzie tak szybko, jak myślicie - rzekł, patrząc głęboko w oczy Rogue.
Rogue odwróciła wzrok i popatrzyła na Santanę. Ten zatrzymał się. Wyszedł na zewnątrz i chwilę rozglądał się. Potarł czoło w nagłym przypływie rozdrażnienia, które nie zdarzało mu się zbyt często i powiedział: 
 - Dobra. Joe, skontaktuj się z “górą”, niech nam przyślą jeszcze kogoś do pomocy. Tymczasem kierujmy się w stronę kryjówki. Może los będzie nam sprzyjał i tym razem uznają naszą sprawę za coś więcej niż poszukiwanie legendy. 
 - Tak jest, szefie - odparł z przekąsem Joe i odszedł od grupy, wyciągając Den-Den Mushi.
Santana tymczasem podszedł do staruszka, któremu już pojawiły się krople potu na skroni. Nie był już tak pewny, jaki czeka go los i jaką też tajną broń ma w zanadrzu Cipher Pol. Rogue wyszła na zewnątrz, poprawiając włosy, a raczej ich resztki. Po chwili wrócił Joe, uśmiechnięty od ucha do ucha. 
 - Mamy zielone światło, drużyno - powiedział - dziś możemy wyruszyć do kryjówki. Nie było żadnej informacji od naszych zwiadowców o pupilkach tego *bip!* Dragona. Także możliwe że jeszcze dziś, będziemy mogli wyruszyć w stronę Karmazynowych Ruin. 
 - Dobra wiadomość - Santana rozluźnił się i podszedł do staruszka - no, zbieramy się. Będziesz miło wspominał kolejną podróż do Karmazynowych Ruin.
Tabott spojrzał na niego ciężko i wstał bez ociągania. Razem wyszli z magazynu, zamykając starannie drzwi. Ruszyli szybkim krokiem w stronę przeciwną od targu, do bardziej zamieszkałych terenów. Po paru minutach Rogue zaczęła bacznie rozglądać się na wszystkie strony, mając znowu uczucie, że ktoś ich obserwuje. 
 - Co się dzieje Rogue? - spytał rozweselony Joe - Wszystko idzie zgodnie z planem. Niby na kogo się ogl...
Nie dokończył. Z bocznej uliczki wyszły dwie ubrane na czarno postacie, zagradzając im drogę. Staruszek spojrzał na nich i odetchnął z ulgą. 
 - No, dziś jednak mam szczęście - rzekł.
Santana, który to usłyszał, jako pierwszy zrozumiał, że Dragon jednak przysłał odsiecz. Stanął w rozkroku, przygotowując się do jatki, która niewątpliwie miała zaraz nadejść. 
 - Hej, zejdźcie nam z drogi! - krzyknął Joe, emanując jeszcze pewnością siebie.W tym momencie postacie zdjęły swe czarne okulary, ukazując oblicza. 
 - No, no. Młodzi, a tacy zadziorni - odparł jeden z nich. 

Nazywał się Grotus. Wyróżniał się posturą, mężczyzna, około czterdziestki, przewyższający prawie wszystkich. Praktycznie, ponieważ był wzrostu Santany, co rzuciło się w oczy na początku. Miał białą skórę i czerwony kij na którym się opierał. Drugi z nich, nieznacznie niższy, o smukłej budowie ciała, nazywał się Shu, były członek Marynarki. Wyróżniały go czarna chusta na twarzy, oraz czapka w kształcie grzybka, która miała biały napis - “Fear”.
Dopiero teraz do Rogue i Joe dotarło, że odsiecz przybyła po Tabotta. Grotus jako pierwszy wykonał ruch, zamieniając swoją rękę w parującą ciecz, którą wystrzelił w kierunku Joe’a i Rogue. Ci byli szybsi, dzięki technice Soru. Dzięki temu uniknęli najgorszego - bowiem ciecz, która spadła na kamienny bruk, szybko zaczęła niszczyć kamienie. Jak można było zauważyć, był to kwas. Santana krzyknął:
 - Nie dajcie się trafić! On jest użytkownikiem diabelskiego owocu!
 - Przecież widzimy to, idioto! - odkrzyknęła Rogue, przymierzając się do ataku na Shu.
Ten jednak był szybszy - odwrócił się i płynnie odparował nadchodzący cios. Przechodząc do kontrataku, wykonał półobrót na lewej nodze, a prawą zdołał kopnąć Rogue z dużą siłą. Agentka poleciała na ścianę jednego z budynków. Wyraz twarzy Joe diametralnie się zmienił. Teraz wyglądał jak bestia, która chce rozerwać wszystko i wszystkich. Z dzikim wyrazem twarzy ruszył na przeciwnika, powoli ale zdecydowanie sprowadzając go do defensywy. Chociaż Joe miał przewagę nad starszą osobą, po której było widać że miała najlepsze czasy za sobą, były marynarz nie dawał jednak za wygraną. Kiedy agent miał już przywalić mocnym ciosem, szczęście zaczęło dopisywać jego przeciwnikowi. Shu wykonał zgrabny unik, przysiadł na piętach i zaatakował odsłonięty brzuch niebieskowłosego. Agent CP cofnął rękę i odskoczył na dach jednego z budynków używając Geppou.  
 - Gdzie jest ta cholerna pomoc? - rzucił w powietrze.
 - Koło Ciebie. - rzekła postać stojąca za nim.
Joe odwrócił się i z otwartymi oczyma spojrzał na przybysza.
  - Nawet nie wiesz, jaka to ulga, że wreszcie wróciłeś Voltusie - wyjąkał Joe i odetchnął. - Teraz przynajmniej mamy równe szanse z tymi tam na dole.
 - Eh, wy nieudolne palanty - Voltus popatrzył na niego z politowaniem. - Nie ma na co czekać - ocenił trzeźwo i skoczył w dół.

Voltus, kolejny członek CP 10, był nieco bardziej doświadczony w boju i w walkach. Niskiej postury, co było powodem jego agresywnej nienawiści do całego świata, miał szramę na lewym oku, którą w dzieciństwie zadał mu rybolud. Był on osobą wychowaną przez samego Pandamana, zabrany z jednej z podwodnych wiosek, gdzie trafił… przez przypadek.
Miał dziesięć lat, gdy jego rodzina przeprowadzała się do innej wyspy. Transportowani przez marynarkę, pewni swego bezpieczeństwa, znajdowali się niedaleko archipelagu Sabaody. Zostali jednak zaatakowani przez dość liczną grupę piratów. Załoga została zniszczona, statek zrabowany i zniszczony, a sama rodzina Voltusa została zamordowana. On ocalał w jednej z beczek, którą piraci zabrali ze sobą. Po tym incydencie, został odkryty w beczce przez ryboludzi, bowiem beczka została sprzedana w jednej z podwodnych wiosek.
Wioska nazywała się Mayuma, i nie sprawowała nad nią kontroli rodzina królewska z Wyspy Ryboludzi. Voltus poznał od wczesnego dzieciństwa smak ciężkiej pracy i już wkrótce szczerze nienawidził każdego ryboluda. Po kilku latach, zaczął po kryjomu trenować, a już wkrótce wdrążył swój pełen nienawiści do ryboludzi plan zemsty, powoli i skrycie eliminując każdego ryboluda. Kiedy mieszkańcy morza odkryli kto za tym stoi, zaczęli szukać Voltusa, by zabić go. W tym samym momencie, niedaleko wioski sam Pandaman przebywał od niedawna dla celów handlowych. Natrafił na Voltusa przypadkowo i po krótkiej rozmowie przedstawił mu swój plan naprawienia całego świata. Voltusowi przypadło to do gustu i już wkrótce potem wyruszył na powierzchnię.
Tam trafił do jednostki treningowej, w której zawsze przodował. Przyniosło to nagrodę - otrzymał diabelski owoc Saru Saru no Mi. Po spożyciu go, gdy zamienił się w goryla, zaczął mieć manię wielkości. Zawsze, gdy przemieniał się w to zwierzę, patrzył na wszystkich z góry, nawet na swoją drużynę. Dlatego też bywał wysyłany na samotne misje, co powodowało zwykle rozkompletowanie drużyny. Teraz jednak, skacząc w dół, już pod postacią goryla, niewątpliwie zjawiał się w czas.

Shu tymczasem zdołał już poczuć na swojej skórze efekt działania owocu Rogue - stopniowo, choć szybko obniżała temperaturę wokół niego, by spowolnić go, a może i spowodować jakieś obrażenia, gdyby rozgrzane słońcem pustyni ciało odmówiło współpracy w ujemnej temperaturze. Z odsieczą przyszedł mu Grotus - wystrzelił dwie bańki z kwasu, które pękły niedaleko Rogue, raniąc jej rękę. Krzyknęła głośno, a następnie odskoczyła byle dalej od działania bańki. Santana zdołał się już jednak rozgrzać, sprytnie zadając ataki z dobrej odległości, atakując i odskakując. Dwójka przybyszów wydawała się przyparta do muru, wciąż jednocześnie przesuwając jatkę dalej. Gdy Joe wraz z Voltusem wskoczyli w akcję, Grotus zaczął atakować zacieklej, tym razem używając nie kwasu ale Haki - to pozwoliło mu wyeliminować Joe już po dwóch ciosach, lecz Voltus w formie goryla był mniej podatny na ataki i chociaż był użytkownikiem owocu typu Zoan, bronił się zaciekle, aż po chwili w przypływie nagłej siły uderzył pięściami w ziemię, powodując przygwożdżenie Shu do podłoża przez fontannę piachu i kawałki skał. Grotus tymczasem zwietrzył chwilową nieuwagę Rogue i Santany po uderzeniu Voltusa i wykorzystał ją, by chwycić Tabotta. Jednocześnie stworzył kolejną dużą bańkę silnego kwasu i zastawił nią całe przejście w uliczce. Odwrócił się i w bardzo szybkim tempie oddalił. Agenci nie mogli tego zauważyć - bańka była matowo żółta i nieprzejrzysta. Tymczasem Shu zwinnie zdołał wydostać się z pułapki. Był jednak ranny w rękę, co umożliwiało mu szybki odwrót. Santana, Rogue i Joe przeprowadzili zmasowany atak, ale zamaskowany mężczyzna okazał się przebiegły - uchylił się przed atakami i uciekł, znikając w jednym z pobliskich budynków. Kiedy Voltus rozbił ścianę, by go odnaleźć i uniemożliwić mu powrót, zobaczył tylko pustkę. Shu zniknął. Goryl krzyknął głośno i zaczął rozwalać pozostałe ściany budynku.
 - Voltus, przestań, i tak już zdradziliśmy swoją obecność, nie komplikuj tego bardziej - prosił go Santana, zachowując jednocześnie odległość od miotającego się w amoku towarzysza.

Trwało to dobrą chwilę, zanim Voltus się uspokoił i wrócił do swojej ludzkiej postaci…

------

1 komentarz: