piątek, 9 października 2015

Rozdział 4

Jak Voltus wrócił już do swojej ludzkiej postaci na dobre od razu podbiegł do reszty swoich towarzyszy
- Wszyscy cali?- zapytał
- Nie Rouge została ranna - odpowiedział mu Santana
Niski meżczyzna podszedł do niej chcąc zobaczyć jej rane. Nie wyglądało to najlepiej, kwas wżerał się jej w rekę, a rana
z każdą chwilą sie powiekszała. Dookoła rozchodził się
swąd palonego mięsa. Coraz bardziej wściekły Voltus zaczął
szybko wydawać polecenia:
- Santana ty i Joe udajcie się na statek z Rouge. A ja pójde znaleźć jakiś lek.
Po tych słowach odwrócił się i pobiegł w głąb miasta . Wszyscy byli świadomi, że dziewczyna nie przeżyje podróży do kryjówki bez żadnego lekarstwa.
Meżczyzna byl wściekły na siebie z tego powodu. Nie mógł znieść kiedy któryś z jego towarzyszy cierpiał. Dlatego wolał pracowac sam. Nie musiał się o nikogo martwić.
W tym samym czasie stan Rouge sie pogarszał dziewczyna wiła się z bólu w ramionach Santany i krzyczała. Z powodu bólu nie mogla zapanować nad swoimi mocami. Santana odczuwał to coraz bardziej. Z każdą chwilą czuł jak jego ręce i tors coraz bardziej go parzyły, ale nie zatrzymywał się tylko biegł dalej. Voltus pedził przez rynek jak szalony zeby odnaleźć
cokolwiek co by było w stanie pomóc dziewczynie.
W pewnym momencie stanął na skrzyżowaniu dróg nie wiedział którą droge ma wybrać. Stał tak zdezorientowany jeszcze kilka sekund dopóki nie usłyszał głosu. - Chodz za mną. Odwrócił się i zobaczył tajemniczą postać która zaczeła biec ulicą. Niewiele myśląc pobiegł za nią. Niezajomy prowadził go krętymi ścieżkami. Voltus ledwo nadążał za nią. Postać w pewnym momencie staneła przed drzwiami prowadzącymi do piwnicy otworzyła je i weszła. Mężczyzna udał się za nią.
Szli tak w dół już kilka sekund. W powietrzu bylo czuć wilgoć, pleśń i coś jeszcze jakiś znajomy zapach ale nie umiał określić co to. W pewnym momencie gdy już byli na samym dole zakapturzona postać dała mu znak dłonią żeby się zatrzymał a sama udała sie w głąb pomieszczenia i zaczeła zapalać świece. Gdy ostatnia świeca zajaśniała zauważył na podłodze znajome mordy. Grotus i Shu leżeli tam w kałuży krwi. Ich martwe oczy, które wciąż były otwarte patrzyły się na niego. Meżczyzna był przerażony. Nie wiedział czego ma się spodziewać. Z rozmyśleń wyrwał go widok tajemniczej postaci. Wyciągnął nóż i był gotowy do walki ale zamiast tego postać popchneła w jego strone Tabotta. Staruch upadł tuz przed jego stopami prosto w kałuże krwi. - Łap- powiedziała lakonicznie. Voltus złapał mały słoiczek z maścią w środku. - Wcieraj to w jej rane trzy razy dziennie niweluje działania kwasu i jego rozprzetrzenianie sie. A teraz zabierz go i idź. - Dlaczego ? - zapytał sie zdezorientowany mezczyzna. - Idź. Voltus mało myśląc chwycił Tabotta za koszule i zaczął biec ile sił w nogach. Ta cała sytuacja była nie prawdobodobna. Rouge powoli otworzyła oczy. Po czym usiadła szybko na łóżku. Od razu odezwał się ból w jej ręce. Zawyła po cichu. Siedziała tak jeszcze pare sekund rozglądając się po pokoju. Zdała sobie sprawe że jest już w kryjówce, ale nie poczuła się szczęśliwa z tego powodu. Zawalili misje. Z jej rozmyślan wyrwało ją pukanie do drzwi. - Wejść-krzykneła. W drzwiach stał Joe cały w skowronkach. Nie lubiła go kiedy był taki szczęśliwy. Irytował ją wtedy bardziej niż zwykle. - No, no nasza śpiąca królewna wstała. -Powiedział. - Zamknij się. -Mam dla ciebie dobrą wiadomość. Mamy Tabotta. Dziewczyna wstała zaskoczona z łóżka i zapytała : - Ale jak? Chłopak podszedł do niej. W mózgu zapaliła jej się czerwona lampka. Chciała się cofnąć ale on ją złapał i pocałował.
~Rozdział pisany przez Weronikę Angelikę "Ryuuzaki" Leszczyńską

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz