poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział 1

Wioska płonęła.

Dziewczynka wpatrywała się tępo w płomienie szalejące pomiędzy budynkami. Mogła próbować uciec, owszem, lecz i tak nic by to nie zmieniło. Nie miała już domu ani nikogo bliskiego. Wszyscy mieszkańcy, łącznie z jej przyjaciółmi i rodziną zostali wymordowani przez piratów. Rouge była ostatnia, i spodziewała się identycznego losu. Jednakże czekało ją coś znacznie gorszego niż śmierć.

- Co mu tu mamy, hę? - Jeden z piratów złapał ją za włosy i brutalnie podniósł do góry. - Jakaś gówniara się uchowała? To chyba coś dla ciebie, Flint.

- Pokaż no ją. - Drugi pirat się zbliżył. Przez chwilę jego twarzy spowita była gęstym dymem z cygara, lecz gdy się rozwiał, Rouge krzyknęła z przerażenia.

Dotychczas się nie bała. Wiedziała że piraci przyjdą i zabija ją tak jak innych, a wiedząc że to nieuniknione nie czuła strachu. Jednak kiedy ujrzała twarz Flinta, twarz tak nieludzką że nazwanie jej „twarzą diabła” byłoby sporym niedomówieniem. Dziewczynka zamilkła dopiero gdy pirat mocno uderzył ją w głowę.
- Ta, nada się – Flint zaciągnął się ostatni raz. Gdy rozpinał spodnie, rzucił jeszcze do swoich towarzyszy: - Możecie wracać na statek, nie sądzę żeby zajęło mi to zbyt długo.



~***~



Smród spalenizny wyrwał Rouge z letargu. Dziewczyna gwałtownie zerwała się z łóżka odrzucając nadpaloną pościel i instynktownie przybierając wyuczoną pozycję obronną. To tylko sen, zbeształa się w myślach, widząc że zniszczenia były jej dziełem. Mimo upływu lat, wciąż miała problemy z kontrolą swojej mocy kiedy nawiedzało ją to wspomnienie. Sen. Ten sam który prześladował ją od lat, i choć nie była już tamtą dziewczynką to samo wspomnienie załogi Flinta napawało ją lękiem. Ale to nie czas na rozpamiętywanie przeszłości. Kiedyś dopadnie Flinta, przyrzekła to samej sobie dawno temu, ale zanim ten moment nastąpi, miała ważne zadanie do wykonania. 

Szybko ubrała się i obmyła twarz. Gdy przyglądała się w lustrze zauważyła że jej czarne włosy sterczą we wszystkich możliwych kierunkach. Dla każdej innej dziewczyny w jej wieku byłaby to znakomita okazja by popracować nad fryzurą, jednak Rouge nie była jak inne nastolatki, więc po prostu wzięła nóż i ścięła włosy.
- Jeszcze gorzej – powiedziała sama do siebie, wpatrując się w odbicie. Mogła próbować dalej, ale najpewniej skończyłoby się to dla niej łysiną, zdecydowała się więc zaprzestać dalszych starań. - Mam nadzieję że Joe miał więcej szczęścia.
Od kilku dni starali się znaleźć pewnego człowieka, ale bez skutku. Mimo że zarówno ona, jak i jej towarzysze byli doskonale wyszkoleni w technikach wywiadowczych, znalezienie zwyczajnego staruszka zdawało się niemożliwością. Próbowali wszystkiego – przekupstwa, zastraszania, tortur – jednak nikt nie chciał, bądź nie był w stanie powiedzieć gdzie podziewa się Tabott, jedyny człowiek któremu udało się wrócić z Karmazynowych Ruin.
Rodowici mieszkańcy wyspy nazywali starożytne miasto na wpół pochłonięte przez pustynię „przeklętym”. Ponoć samo odnalezienie go graniczyło z cudem – mówiono że ruiny zostały zaklęte przez starożytnych ludzi i zmieniają położenie co kilka dni, i choć nikt w to nie wierzył to niewielu udało się je znaleźć. Nie przez domniemaną magię, o nie. O wiele większą przeszkodą była pustynia sama w sobie.
Rouge zeszła na dół tawerny, chcąc jedynie zapłacić rachunek za spaloną pościel i nigdy więcej nie wracać do tego miejsca pełnego obwiesiów, szumowin i ohydnego jedzenia, kiedy drzwi do baru gwałtownie odskoczyły od futryny, a do lokalu weszło dwóch uzbrojonych w pistolety mężczyzn.
Barman przerwał czyszczenie kufli i zmierzył przybyszów wzrokiem. Parę lat temu porzucił piractwo i za zrabowane pieniądze otworzył tawernę. Ponoć spełnił w ten sposób swoje marzenie, choć plotka powtarzana przez niezadowolonych klientów – a było ich wielu – głosi że został wyrzucony z załogi po tym jak próbował oszukiwać przy podziale łupów. 
- Czego chcesz, Flip?
- Dobrze wiesz czego – odparł niższy z mężczyzn, jasnowłosy chudzielec. - Kasy! Hajsu! Mamony! Co nie, Flap?
- Ta jest, starszy bracie – odpowiedział ciemnowłosy olbrzym nazwany Flapem. - Dawaj szmal. Właściwie to niech wszyscy dają szmal!
- Chwila chwila, kim wy niby jesteście? - Jeden z klientów, słusznie zdenerwowany całą sytuacją poderwał się z miejsca. - Jeśli myślicie że możecie ot tak tu wpadać i... - Mężczyzna sięgnął po broń, lecz zanim złapał za rewolwer Flip wystrzelił, trafiając go prosto między oczy.
- Może niektórzy z was tego nie wiedzą, ale jestem najszybszym strzelcem na tej zakichanej wyspie, a mój braciszek – skinął na Flapa – może skopać wam dupy szybciej niż zdążycie powiedzieć „Flip i Flap”, więc lepiej z nami nie zadzierajcie! No chyba że chcecie skończyć jak tamten idiota.
- Przepraszam, chciałabym uiścić rachunek – Rouge kompletnie zignorowała rabusiów i jak gdyby nigdy nic podeszła do lady – Ja, umm, tak jakby spaliłam pościel.
Barmanowi chwilę zajęło przetrawienie obecnej sytuacji. Flip i Flap, najgorsi bandyci w mieście napadają na bar, zabijają przypadkowego faceta, a ta dziewczyna spokojnie płaci rachunek? Czy ona zgłupiała?!
- Słuchaj, mała, nie wiem czy zauważyłaś ale wszystkie pieniądze zabieramy my. Ja i mój brat. No chyba ze chcesz zapłacić w inny, znacznie przyjemniejszy sposób – powiedział Flip i złapał ją za rękę. Był to jeden z największych błędów w jego życiu.
Nim ktokolwiek zdążył zorientować się co się dzieje, Flip leżał na podłodze zwijając się z bólu.
- Nigdy. Mnie. Nie. Dotykaj – warknęła Rouge z odrazą.
- Cholera, ta dziwka złamała mi rękę! - zawył Flip. - Załatw ją, Flap!
- Ta jest, starszy bracie – Flap już miał ruszyć do ataku, kiedy postawny murzyn, który niezauważony wślizgnął się do baru złapał go za głowę i bezceremonialnie wyrzucił za drzwi.
Zarówno barman, jak i wszyscy klienci gapili się to na dziewczynę która w mgnieniu oka znokautowała Flipa, to na czarnoskórego olbrzyma który ot tak załatwił Flapa.
- W samą porę, Santana. Znaleźliście go? - Rouge spokojnie zapłaciła i ruszyła do wyjścia. Zaraz za nią podążył czarnoskóry olbrzym.
- Właściwie to Joe go znalazł - odparł. - Czeka na nas w starym magazynie, nieopodal targu.
- Teraz tylko pozostanie przekonać Tabotta żeby zaprowadził nas do Karmazynowych Ruin. Och, i jeszcze jedno.
- Tak?
- Mógłbyś znaleźć sobie jakieś normalne ciuchy. Zapomniałeś że mieliśmy się nie wyróżniać? - Santana niezależnie od klimatu i pogody akceptował jedynie tradycyjny ubiór swojego plemienia, czyli skóry własnoręcznie upolowanych zwierząt i idiotycznie wielki, kolorowy pióropusz. Oczywiście taki strój, w połączeniu z wzrostem i budową Santany, nie ułatwiał mu wtopienia się w tłum. Tym większy podziw budziły jego zdolności.
Idąc przez miasto, Rouge bacznie obserwowała każdego człowieka którego mijali. Złodzieje, mordercy, pospolici piraci, oszuści, prostytutki i alfonsi, kilka sierot błąkających się między zabudowaniami. Ofiary upadku Światowego Rządu i modelowi obywatele Czarnej Strefy, tego pseudopolitycznego tworu który od lat był cierniem w oku Dragona. Unia Błękitnego Morza, jak nazwał ją jej założyciel, od lat próbowała rozwiązać problem Strefy wszelkimi dostępnymi środkami, włączając w to interwencję militarną. Bez skutku. Świat bezprawia, jakim była Czarna Strefa rządził się własnymi prawami. Unia mogła wyeliminować jedną, dwie a nawet trzy załogi pirackie, również przejęcie paru wysp nie było problemem dla nowej, utworzonej z sił sprzymierzonych Marynarki Wojennej, jednak na miejsce każdej zniszczonej załogi pojawiała się kolejna, a raz odbite wyspy prędko wracały pod kontrolę piratów. Również próby pertraktacji z podziemną szlachtą, jak nazywali siebie ci, którzy w rzeczywistości rządzili Strefą, nie przyniosły rezultatu. Każdy poseł wysłany do Port Royal, nieoficjalnej stolicy i domniemanej siedziby podziemnej szlachty przepadał bez wieści. Co gorsza, podróż przez wody Strefy była praktycznie niemożliwa dla statków innych niż pirackie.
Tak jak kiedyś Reverse Mountain było bramą do Grand Line, tak dziś Red Desert Island była pierwszą wyspą w Czarnej Strefie.
Kiedy w końcu dotarli na miejsce, Joe właśnie zaczynał przesłuchiwać Tabotta. 
- W samą porę – wysapał – wprost umieram w tym upale. Zrobisz coś z tym, Rouge?

~***~



- Jesteś pewien że się zgodzi? - W głosie młodej kobiety wyraźnie było słychać zdenerwowanie. -  Sam mówiłeś, szefie, że to bardzo niebezpieczny człowiek!
- Spokojnie, Roze – odpowiedział przez ślimakofon Pandaman. - Co by nie mówić o Donquixote Doflamingo, najbardziej na świecie pragnie on władzy. A my mu tę władzę damy.
- Ale czy to koniecznie musi być on?
- Bez dyskusji. Skup się na swoim zadaniu. Im szybciej zdobędziemy napraw-naprawowoc, tym szybciej odnajdziemy pozostałą piątkę. Bez odbioru. 
Pandaman westchnął. Czasem bycie przywódcą bywa bardzo męczące. Ale ktoś to musi robić, pomyślał i pchnął ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi.
W dużej, obwieszonej obrazami sali, przy okrągłym stole siedział Donquixote Doflamingo wraz z kilkoma innymi osobami, prawdopodobnie swoją nową familią, i zajadali się pizzą.
- Witaj, wasza wysokość - Pandaman spokojnie zajął miejsce i nalał sobie wina. - Dobrze znów cię widzieć. 
- Kto by pomyślał że wciąż żyjesz - Doflamingo nie krył zdziwienia. - W prasie głośno było o twojej egzekucji, jak do cholery udało ci się zwiać?
- Och, nie uciekłem. Po prostu przyzwyczaiłem się do umierania. Niestety, większość moich towarzyszy z CP0 nie miała tyle szczęścia. 
- Dobra, przejdźmy do interesów, rozumiem że nie zadałeś sobie trudu by mnie znaleźć tylko po to, by pogadać o starych czasach? 
- Stare czasy już nie wrócą. Ale wciąż możemy mieć wpływ na przyszłość... -Pandaman zmienił ton na poważny. - Znaleźliśmy Saligia Poneglyph.
- Co!? - Dotychczas Doflamingo sądził że to tylko legenda krążąca wśród Niebiańskoch Smoków, ale jeśli to prawda i poneglyph stworzony przez Gorosei rzeczywiście istniał, i zawierał informacje o najpotężniejszej broni Światowego Rządu, pierwszych Shichibukai, którzy przekroczyli granicę pomiędzy człowiekiem a demonem... Ponoć cała siódemka była główną przyczyną upadku Atlantydy. 
- Gwoli ścisłości,  znaleźliśmy to co z niego zostało. Nawet jego twórcy bali się wiedzy którą zawiera, ale wciąż udalo mi się odczytać co nieco.
- I co zamierzasz zrobić? Użyć tych informacji by odbudować Światowy Rząd? - spytał z przekąsem Doflamingo.
- Dokładnie. Znamy już miejsca spoczynku Invidii Leviatana i Iry Satana, dwóch z siedmiu. Ale to dopiero początek. Armia, jakkolwiek potężna by nie była, potrzebuje króla któremu może służyć. Donquixote Doflamingo - Pandaman wstał i przykląkł przed dawnym królem Dressrosy - jako wierny sługa Światowego Rządu proszę, byś zajął należne ci miejsce pośród nowych Gorosei.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz